Witam Was serdecznie.
Jakiś czas temu zostałam poproszona o zrobienie boxa urodzinowego. Box trochę nietypowy, bo dla dziewięciolatka - miłośnika m.in. Lego i Minecraft'a (dla niewtajemniczonych, to taka gra komputerowa - świat składający się z kostek). Nie trudno więc się domyśleć, że wszelkiego rodzaju ozdobniki typu kwiatki, serwetki, wstążeczki, czy perełki odpadają... no bo jak? dla chłopaka?
Dobrze, że czasu sporo, pierwsza moja myśl, to skoro box, to swego rodzaju kostka, może by tak zrobić kostkę Lego... To był mój punkt wyjściowy. Pozostał do wymyślenia środek, wiedziałam, że dostanę zdjęcie solenizanta z najlepszym kumplem (tym, który to boxa podaruje). A, że ja nie przepadam za zbyt płaskim dnem boxa, foto musiało wylądować na jednej ze ścian bocznych. Co z dnem? I tutaj znowu odezwała się moja zwariowana natura ;) Wpadłam na pomysł, żeby na środku poskładać cyfrę 9, ale z klocków. No tak, ale przecież nie z prawdziwych - nie będę podkradać dziewczynkom. Nie pozostało nic innego, jak samej sobie klocki wyprodukować :) Dziewiątkę ułożyłam na leżąco. Dopiero jak ją poskładałam, wpadłam na pomysł, że można było ją postawić, ale tu obawiałabym się o chwiejność konstrukcji. Papierowe Lego jest naturalnych rozmiarów - pożyczyłam sobie jednego od dziewczynek i robił za mój wzór ;)
Grafiki ściągnęłam z różnych stron w internecie. Okazało się, że istnieje coś takiego jak Lego Minecraft! Więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Stąd też grafiki Lego Minecraft'owe.
Wczoraj specjalnie pojechaliśmy do rodziców męża po zdjęcie. Żeby nie kursować tam i z powrotem, zabrałam ze sobą prawie ukończone pudełko plus potrzebne narzędzia i na miejscu ukończyłam. Sesja więc robiona "na wyjeździe". W dodatku na balkonie ;) Dobrze, że teście klocki mają :) Ale co tam będę dużo gadać, pokazuję :)
Mam nadzieję, że solenizantowi przypadnie do gustu :)
A teraz z innej beczki, trochę wczesno-jesiennie. Chciałam się Wam już ostatnio pochwalić, ale mi uciekło. Widoczek jaki mam z okna kuchni. Znaczy kawałeczek widoku. Drzew za oknem cztery jedno przy drugim. Nawet kwiczoły już w tym roku buszowały ;) Czyż nie pięknie ;)
To już tyle na dzisiaj.
Miłej niedzieli Wam życzę. Do "zobaczenia" następnym razem paaa
niedziela, 13 września 2015
wtorek, 8 września 2015
Pachnąco i smakowicie ;)
Witam Was serdecznie,
dzisiaj będzie nietypowo, bo kulinarnie. Jakiś czas temu obiecałam Bożenie przepis na chlebuś jaki piekę. W końcu więc udało mi się znaleźć chwilkę.
Chlebki piekę dwa rodzaje. Jeden pszenno-żytni - bochenek, a drugi 100% żytni foremkowy. Niestety zdjęcia mam tylko pszennego. Mąki żytniej nie miałam, więc i nie piekłam. To zaczynamy.
Przepisy znalazłam gdzieś w internecie, nie pamiętam, bo dawno temu.
Potrzebne:
550g mąki pszennej typ 500 lub 550
50g mąki pszennej razowej
2 łyżeczki soli (sypię ok 12-14g i jest ok)
200g zakwasu żytniego
300ml ciepłej wody
Chleb jak to chleb trochę roboty wymaga, ale w sumie jest prosty, w dodatku jeszcze sobie tą robotę ułatwiłam.
Sypiemy i lejemy wszystko do miski i łapką zagniatamy.
Pod koniec wykładam sobie na stolnicę- łatwiej zagnieść. Ciasto musi być dobrze wyrobione. Miskę myję i smaruję cieniutko olejem, żeby ciacho (ląduje z powrotem w misce) nie przywarło.
Przykrywam ściereczką i odkładam na dwie godziny. Widać, że bąbelkuje, znaczy się urosło ;)
Wykładam je na stolnicę i rozpłaszczam, tak, żeby pęcherzyki zlikwidować. Następnie składam "na kopertę". Powinno się tę czynność powtórzyć, ale ja w zależności od tego jak mi się chce ;)
Formujemy bochenek i przekładamy do naczynia, koszyka, czy czegoś tam, w czym może sobie jeszcze wyrosnąć. Ja mam taki fajny idealny półmisek, więc cieniutko smaruję olejem i przekładam chlebuś.
Przykrywam ściereczką i odstawiam na około godzinę.
Nagrzewam piekarnik do jakiś 220 stopni. Przekładam bochenek na blaszkę ( i dlatego smaruję olejem, przełożyć to miękkie napuchnięte ciasto bez uszczerbku, nie jest takie hop siup ;)). Nacinam kilka razy w poprzek i wkładam do nagrzanego piekarnika.
W tych 220 stopniach pieczemy przez 10 minut, następnie zmniejszamy do 200 i pieczemy jakieś 25 minut (grzałki góra-dół)
Po tym czasie spokojnie można chlebuś wyciągnąć. Jak nie zapomnę, to pędzelkiem taki gorący wymaluję zimną wodą. Skórka dostaje wtedy trochę połysku, nie jest taka matowa. Kształt nie jest tak idealny jak sklepowy, ale myślę, nie o to tu chodzi ;)
I ta chrupiąca skórka...
Jeszcze na szybko żytni foremkowy. Prosty ale czasu potrzebuje
Składniki
120g mąki żytniej razowej (typ 2000)
100g mąki żytniej (typ 720)
2 łyżeczki soli
165g zakwasu żytniego
300ml ciepłej wody
dodatkowo jeszcze 150g mąki żytniej (typ 720)
W misce mieszamy wszystkie składniki poza tymi dodatkowymi 150g mąki żytniej. Odstawiamy na 4 godziny. Po tym czasie dosypujemy 150g żytniej mąki. Mieszamy i przekładamy do wysmarowanej i posypanej mąką keksówki. Odstawiamy na jakieś 8 godzin. Najlepiej na noc. Następnie nagrzewamy piekarnik na 220 stopni. Pieczemy ok 40-45 minut.
Smacznego, mi już ślinka pociekła ;) Trzeba się za ten żytni w końcu zabrać.
Co do zakwasu jeszcze. Nie każdy piekący chleb ma. Krążą opinie, że to trudne, czy jakieś mega wymagające. W sumie nic trudnego, trzeba tylko pamiętać, żeby go nakarmić codziennie, albo raz na tydzień, jeżeli trzymamy w lodówce. Czy to tak dużo pracy sypnąć mąki, zalać wodą i wymieszać? Minuta? Dwie? Chyba, że trzymamy w lodówce- wyciągnąć, odczekać aż się trochę zagrzeje i dokarmić. ;) Ale od początku.
Bierzemy 100g mąki razowej (żytniej lub pszennej kto co woli - ja mam żytni i powyższy przepis jest z zakwasem żytnim) i 100ml ciepłej wody. Mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Za 12 godzin mieszamy. Po kolejnych 12 godzinach, dosypujemy mąki i dolewamy wody, odstawiamy, za 12 godzin znowu mieszamy. Tak przej jakieś 5 dni do tygodnia. W międzyczasie zakwas powinien zacząć bąbelkować ( rośnie i widać pęcherzyki powietrza), zapach kwaskowaty, winny coś w tym stylu. Po 5 dniach można próbować już piec. Od tego czasu też już nie mieszamy co 12 godzin, tylko karmimy (mąka i ciepła woda) raz na dobę, albo raz na tydzień (jeżeli rzadko pieczemy, możemy trzymać go w lodówce). Cała filozofia :)
Miało być jeszcze o szyneczkach, ale wstyd się przyznać, nie zakupiłam jeszcze mięcha, więc i szyneczki nie było ;) Ale będzie, obiecuję :)
Późno się zrobiło, zmykam spać, bo ciężka noc za mną - zaczęły się katary...
Pozdrawiam Was cieplutko, do następnego razu paaa
dzisiaj będzie nietypowo, bo kulinarnie. Jakiś czas temu obiecałam Bożenie przepis na chlebuś jaki piekę. W końcu więc udało mi się znaleźć chwilkę.
Chlebki piekę dwa rodzaje. Jeden pszenno-żytni - bochenek, a drugi 100% żytni foremkowy. Niestety zdjęcia mam tylko pszennego. Mąki żytniej nie miałam, więc i nie piekłam. To zaczynamy.
Przepisy znalazłam gdzieś w internecie, nie pamiętam, bo dawno temu.
Potrzebne:
550g mąki pszennej typ 500 lub 550
50g mąki pszennej razowej
2 łyżeczki soli (sypię ok 12-14g i jest ok)
200g zakwasu żytniego
300ml ciepłej wody
Chleb jak to chleb trochę roboty wymaga, ale w sumie jest prosty, w dodatku jeszcze sobie tą robotę ułatwiłam.
Sypiemy i lejemy wszystko do miski i łapką zagniatamy.
Pod koniec wykładam sobie na stolnicę- łatwiej zagnieść. Ciasto musi być dobrze wyrobione. Miskę myję i smaruję cieniutko olejem, żeby ciacho (ląduje z powrotem w misce) nie przywarło.
Przykrywam ściereczką i odkładam na dwie godziny. Widać, że bąbelkuje, znaczy się urosło ;)
Wykładam je na stolnicę i rozpłaszczam, tak, żeby pęcherzyki zlikwidować. Następnie składam "na kopertę". Powinno się tę czynność powtórzyć, ale ja w zależności od tego jak mi się chce ;)
Formujemy bochenek i przekładamy do naczynia, koszyka, czy czegoś tam, w czym może sobie jeszcze wyrosnąć. Ja mam taki fajny idealny półmisek, więc cieniutko smaruję olejem i przekładam chlebuś.
Przykrywam ściereczką i odstawiam na około godzinę.
Nagrzewam piekarnik do jakiś 220 stopni. Przekładam bochenek na blaszkę ( i dlatego smaruję olejem, przełożyć to miękkie napuchnięte ciasto bez uszczerbku, nie jest takie hop siup ;)). Nacinam kilka razy w poprzek i wkładam do nagrzanego piekarnika.
W tych 220 stopniach pieczemy przez 10 minut, następnie zmniejszamy do 200 i pieczemy jakieś 25 minut (grzałki góra-dół)
Po tym czasie spokojnie można chlebuś wyciągnąć. Jak nie zapomnę, to pędzelkiem taki gorący wymaluję zimną wodą. Skórka dostaje wtedy trochę połysku, nie jest taka matowa. Kształt nie jest tak idealny jak sklepowy, ale myślę, nie o to tu chodzi ;)
I ta chrupiąca skórka...
Jeszcze na szybko żytni foremkowy. Prosty ale czasu potrzebuje
Składniki
120g mąki żytniej razowej (typ 2000)
100g mąki żytniej (typ 720)
2 łyżeczki soli
165g zakwasu żytniego
300ml ciepłej wody
dodatkowo jeszcze 150g mąki żytniej (typ 720)
W misce mieszamy wszystkie składniki poza tymi dodatkowymi 150g mąki żytniej. Odstawiamy na 4 godziny. Po tym czasie dosypujemy 150g żytniej mąki. Mieszamy i przekładamy do wysmarowanej i posypanej mąką keksówki. Odstawiamy na jakieś 8 godzin. Najlepiej na noc. Następnie nagrzewamy piekarnik na 220 stopni. Pieczemy ok 40-45 minut.
Smacznego, mi już ślinka pociekła ;) Trzeba się za ten żytni w końcu zabrać.
Co do zakwasu jeszcze. Nie każdy piekący chleb ma. Krążą opinie, że to trudne, czy jakieś mega wymagające. W sumie nic trudnego, trzeba tylko pamiętać, żeby go nakarmić codziennie, albo raz na tydzień, jeżeli trzymamy w lodówce. Czy to tak dużo pracy sypnąć mąki, zalać wodą i wymieszać? Minuta? Dwie? Chyba, że trzymamy w lodówce- wyciągnąć, odczekać aż się trochę zagrzeje i dokarmić. ;) Ale od początku.
Bierzemy 100g mąki razowej (żytniej lub pszennej kto co woli - ja mam żytni i powyższy przepis jest z zakwasem żytnim) i 100ml ciepłej wody. Mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Za 12 godzin mieszamy. Po kolejnych 12 godzinach, dosypujemy mąki i dolewamy wody, odstawiamy, za 12 godzin znowu mieszamy. Tak przej jakieś 5 dni do tygodnia. W międzyczasie zakwas powinien zacząć bąbelkować ( rośnie i widać pęcherzyki powietrza), zapach kwaskowaty, winny coś w tym stylu. Po 5 dniach można próbować już piec. Od tego czasu też już nie mieszamy co 12 godzin, tylko karmimy (mąka i ciepła woda) raz na dobę, albo raz na tydzień (jeżeli rzadko pieczemy, możemy trzymać go w lodówce). Cała filozofia :)
Miało być jeszcze o szyneczkach, ale wstyd się przyznać, nie zakupiłam jeszcze mięcha, więc i szyneczki nie było ;) Ale będzie, obiecuję :)
Późno się zrobiło, zmykam spać, bo ciężka noc za mną - zaczęły się katary...
Pozdrawiam Was cieplutko, do następnego razu paaa
piątek, 4 września 2015
Wyróżnienie razy trzy...
Tak, sama jestem w szoku. Najpierw napisałam Gosi, że raczej podziękuję, ale skoro dostałam już trzecie (!), to stwierdziłam, że przynajmniej na pytania odpowiem ;)
Najpierw jednak chciałam Wam, dziewczyny podziękować. Miło, gdy ktoś docenia to moje miejsce w blogowym świecie, a mnie to szczęście spotkało trzy razy i to w krótkim czasie. Bardzo miło mnie zaskoczyłyście.
To co? zacznę od loga i jedziemy z tymi pytaniami (ciekawe kto taki tasiemiec przetrwa ;))
Pytania Gosi z Gosikowego Zakątka
Skąd pomysł na nazwę/tytuł Twojego bloga
Czy lubisz wyzwania i tego typu zabawy?
Jakich technik rękodzielniczych chciałabyś się nauczyć?
Wolisz upiec czy kupić ciasto/tort/ciastka?
Nie zanudziłam Cię tymi pytaniami?
Kolejne wyróżnienie otrzymałam od Niesformych nitek
1. Skąd się wziął pomysł na stworzenie bloga?
To było tak: Pokazuję bratu kolejny mój filcowy "twór", a on do mnie: "siostra, zakładaj bloga, musisz to też innym pokazać". Trochę to trwało, musiało nabrać mocy prawnej, aż w końcu się odważyłam :)
2. Jak wygląda Twoja pracownia?
Ale jaka pracownia? Niestety, ubolewam, miejsca na pracownię nie mam. Ba!, nawet biurka nie mam, bo się już nie zmieści. Wszystkie graty trzymam w skrzyniach w szafie. Wieczorami większość ląduje na podłodze, a ja siedzę na naszej kanapie przy stole.
3. Częściej tworzysz mając gotowy wzór czy działasz spontanicznie?
W większości pełna improwizacja. Choć do większych prac w głowie układam sobie mniej więcej co i jak.
4. Jaka była pierwsza technika rękodzielnicza, której się nauczyłaś?
Zaczynałam od szycia filcu (torebki, przytulaki)
5. W jakim wieku zaczęłaś przygodę z rękodziełem?
Późno, niespełna 1,5 roku temu ;)
6. Czy masz kogoś kto jest dla Ciebie inspiracją, od kogo czerpiesz wiedzę rękodzielniczą?
Wujek google ;) i ewentualnie ciocia youTube ;) No i oczywiście najwięcej inspiracji "przy okazji" przeglądania blogów.
7. Gdzie najlepiej Ci się tworzy, jakie są warunki Twojej pracy (wolisz ciszę, spokój czy wręcz przeciwnie)?
Cisza i spokój? Ja nie znam takich pojęć ;) Mam dójkę małych dzieci, nawet wieczorami, gdy śpią, a ja tworzę, coś w tle musi mi grać.
8. Ulubione przydasie to...
Takie, które mogę wykorzystać w moich pracach, czyli głównie papierowe/do papieru
9. Rzecz, którą stworzyłaś i z której jesteś najbardziej dumna to...
Moje quillingowe bombki, wielkanocny świecznik, z ostatnich ślubny box i jeszcze jedna praca, której jeszcze przez jakiś czas nie będę mogła pokazać ;)
10. Co w prowadzeniu bloga sprawia Ci największą przyjemność?
Czytanie Waszych komentarzy :)
11. Którą technikę rękodzielniczą najbardziej cenisz, która technika podoba Ci się najbardziej?
Niezmiennie podziwiam sutasz, dla mnie czarna magia. Piękna czarna magia ;)
I trzecie przyleciało do mnie z bloga pART of Me
1. Jak tworzenie na Ciebie wpływa, jakie cechy buduje?
To moje wyciszenie po całym dniu biegania. Cechy? Myślę, że najbardziej cierpliwość.
2.Czy bez bloga tworzyłabyś systematycznie?
Raczej nie tworzę systematycznie, tylko jak jest taka potrzeba. Czasem codziennie, czasem robię sobie kilka dni przerwy na regenerację, albo po prostu mam chwilowy zastój w okazjach/potrzebach. Nie tworzę dla bloga, tylko blog jest dla okazania tego, co stworzyłam.
3.Jak twoi znajomi reagują gdy dowiadują się że masz bloga?
Normalnie? ;)
4. W poście więcej zdjęć, czy tekstu?
Oj, różnie to bywa ;)
5.Zdarzyło Ci się uczyć kogoś twojej techniki?
Prowadziłam dwa razy warsztaty kartkowe w przedszkolu córki. Z resztą mojej Weronice też pokazywałam jak to się skręca paseczki
6.Jaka była twoja najtrudniejsza praca, jeśli nie wychodzi odpuszczasz?
Nie pamiętam takiej. Chyba uszycie stroju na bal do przedszkola najbardziej mi dopiekło, szycie i ja to jednak nie to. Uparciuch jestem i tak łatwo się nie poddaję. Choć czasem zdarza mi się trzasnąć pracą w kąt, to i tak po chwili do niej wracam.
7. Tworzysz od zawsze czy dopiero do jakiegoś czasu?
Niespełna 1,5 roku
8.Zapisujesz swoje pomysły?
Bardzo rzadko, ale zdarza się
9.Z kim podzieliłabyś się ostatnią kostką czekolady?
Pewnie podzieliłabym ją na 4. Dla każdego członka naszej rodzinki choć po malutkim kawałeczku ;)
10.Przepis na udany dzień?
Mąż/tatuś w domu...
11.Twoja wymarzona podróż ? gdzie i dlaczego?
Wszystko jedno, byle z najbliższymi :)
Tak jak pisałam na początku poprzestaję na odpowiedziach.
To tyle na dzisiaj.
Pozdrawiam i do następnego razu.
Najpierw jednak chciałam Wam, dziewczyny podziękować. Miło, gdy ktoś docenia to moje miejsce w blogowym świecie, a mnie to szczęście spotkało trzy razy i to w krótkim czasie. Bardzo miło mnie zaskoczyłyście.
To co? zacznę od loga i jedziemy z tymi pytaniami (ciekawe kto taki tasiemiec przetrwa ;))
Pytania Gosi z Gosikowego Zakątka
Skąd pomysł na nazwę/tytuł Twojego bloga
Mamuśkowe od tego, że odkąd pojawiła się na świecie moja Weronika, zrobiła się ze mnie taka mamuśka, a robótki? Bo zwariowana mamuśka zajęła się różnymi "robótkami"
Jaka technika sprawia Ci największą frajdę?
Zdecydowanie uwielbiam papier, do quillingu mam duży sentyment, co z resztą łatwo da się zauważyć ;)
Czy lubisz komentarze pod swoimi postami?
A jest ktoś, kto nie lubi? ;)
Ulubione kolory i motywy w Twoich pracach?
Oj, nie wiem, czy takowe mam. W zależności od nastroju, i kto jest adresatem.
Czy lubisz wyzwania i tego typu zabawy?
Lubię czasem zrobić coś, co przy okazji nadaje się do wyzwania. No i nie wyobrażam sobie ominąć Danutkowych (teraz już kolorystek) kolorków
Jakich technik rękodzielniczych chciałabyś się nauczyć?
W moich najbliższych planach są spękania. Co z tego wyjdzie - czas pokaże ;)
Tworzysz bardziej dla siebie czy innych?
Głównie na jakieś okazje, rzadko zdarza się stworzyć coś dla siebie. Choć kilka rzeczy już w domu stoi/wisi
Dokończ zdanie: "Blogowanie jest dla mnie ..."
Hmmm... pisanie, to taki mój rodzaj pamiętnika, ale i miejsce, gdzie mogę się wygaać i pochwalić co też nowego znowu stworzyłam.
Wolisz upiec czy kupić ciasto/tort/ciastka?
Zdecydowanie wolę swoje. Staram się wyznawać zasadę: "wiem, co jem" ;)
Nie zanudziłam Cię tymi pytaniami?
Nie ma mowy :)
Kolejne wyróżnienie otrzymałam od Niesformych nitek
1. Skąd się wziął pomysł na stworzenie bloga?
To było tak: Pokazuję bratu kolejny mój filcowy "twór", a on do mnie: "siostra, zakładaj bloga, musisz to też innym pokazać". Trochę to trwało, musiało nabrać mocy prawnej, aż w końcu się odważyłam :)
2. Jak wygląda Twoja pracownia?
Ale jaka pracownia? Niestety, ubolewam, miejsca na pracownię nie mam. Ba!, nawet biurka nie mam, bo się już nie zmieści. Wszystkie graty trzymam w skrzyniach w szafie. Wieczorami większość ląduje na podłodze, a ja siedzę na naszej kanapie przy stole.
3. Częściej tworzysz mając gotowy wzór czy działasz spontanicznie?
W większości pełna improwizacja. Choć do większych prac w głowie układam sobie mniej więcej co i jak.
4. Jaka była pierwsza technika rękodzielnicza, której się nauczyłaś?
Zaczynałam od szycia filcu (torebki, przytulaki)
5. W jakim wieku zaczęłaś przygodę z rękodziełem?
Późno, niespełna 1,5 roku temu ;)
6. Czy masz kogoś kto jest dla Ciebie inspiracją, od kogo czerpiesz wiedzę rękodzielniczą?
Wujek google ;) i ewentualnie ciocia youTube ;) No i oczywiście najwięcej inspiracji "przy okazji" przeglądania blogów.
7. Gdzie najlepiej Ci się tworzy, jakie są warunki Twojej pracy (wolisz ciszę, spokój czy wręcz przeciwnie)?
Cisza i spokój? Ja nie znam takich pojęć ;) Mam dójkę małych dzieci, nawet wieczorami, gdy śpią, a ja tworzę, coś w tle musi mi grać.
8. Ulubione przydasie to...
Takie, które mogę wykorzystać w moich pracach, czyli głównie papierowe/do papieru
9. Rzecz, którą stworzyłaś i z której jesteś najbardziej dumna to...
Moje quillingowe bombki, wielkanocny świecznik, z ostatnich ślubny box i jeszcze jedna praca, której jeszcze przez jakiś czas nie będę mogła pokazać ;)
10. Co w prowadzeniu bloga sprawia Ci największą przyjemność?
Czytanie Waszych komentarzy :)
11. Którą technikę rękodzielniczą najbardziej cenisz, która technika podoba Ci się najbardziej?
Niezmiennie podziwiam sutasz, dla mnie czarna magia. Piękna czarna magia ;)
I trzecie przyleciało do mnie z bloga pART of Me
1. Jak tworzenie na Ciebie wpływa, jakie cechy buduje?
To moje wyciszenie po całym dniu biegania. Cechy? Myślę, że najbardziej cierpliwość.
2.Czy bez bloga tworzyłabyś systematycznie?
Raczej nie tworzę systematycznie, tylko jak jest taka potrzeba. Czasem codziennie, czasem robię sobie kilka dni przerwy na regenerację, albo po prostu mam chwilowy zastój w okazjach/potrzebach. Nie tworzę dla bloga, tylko blog jest dla okazania tego, co stworzyłam.
3.Jak twoi znajomi reagują gdy dowiadują się że masz bloga?
Normalnie? ;)
4. W poście więcej zdjęć, czy tekstu?
Oj, różnie to bywa ;)
5.Zdarzyło Ci się uczyć kogoś twojej techniki?
Prowadziłam dwa razy warsztaty kartkowe w przedszkolu córki. Z resztą mojej Weronice też pokazywałam jak to się skręca paseczki
6.Jaka była twoja najtrudniejsza praca, jeśli nie wychodzi odpuszczasz?
Nie pamiętam takiej. Chyba uszycie stroju na bal do przedszkola najbardziej mi dopiekło, szycie i ja to jednak nie to. Uparciuch jestem i tak łatwo się nie poddaję. Choć czasem zdarza mi się trzasnąć pracą w kąt, to i tak po chwili do niej wracam.
7. Tworzysz od zawsze czy dopiero do jakiegoś czasu?
Niespełna 1,5 roku
8.Zapisujesz swoje pomysły?
Bardzo rzadko, ale zdarza się
9.Z kim podzieliłabyś się ostatnią kostką czekolady?
Pewnie podzieliłabym ją na 4. Dla każdego członka naszej rodzinki choć po malutkim kawałeczku ;)
10.Przepis na udany dzień?
Mąż/tatuś w domu...
11.Twoja wymarzona podróż ? gdzie i dlaczego?
Wszystko jedno, byle z najbliższymi :)
Tak jak pisałam na początku poprzestaję na odpowiedziach.
To tyle na dzisiaj.
Pozdrawiam i do następnego razu.
piątek, 28 sierpnia 2015
Ciężkostrawna brzoskwinka
Oj taak, ciężko, ciężko...
Szczerze, to chyba najgorszy mój debiut, cóż takie też się zdarzają, nie?
Ale od początku. Nazbierało mi się trochę Waszych adresów... noo kilka ich jest. Wszystkie mam albo w telefonie, albo na karteczkach w portfelu, a takie, wiadomo, łatwo zgubić. Stwierdziłam więc, że przyszedł czas na adresownik. Kupiłam zeszyt z grubą okładką i zabrałam się do roboty. Najpierw papier ścierny, bo śliskie to okropnie było. Potem całą okładkę wysmarowałam szarą farbą akrylową. Delikatnie spryskałam mgiełkami. Grzbiet zeszytu pomalowałam pomarańczową (brzoskwiniowym odcieniem - tak mi się przynajmniej zdaje) farbą. Potem przyszedł czas na maskę w gwiazdki i znowu pomarańczową farbę. Z przodu do farby dodałam magiczny proszek dostępny w essach (ten od serduszek z poprzedniego posta), tylko dałam go trochę za mało i gwiazdki się z lekka "rozjechały". Na pomarańczowo pomalowałam też piankowe kolorowe literki (nie przypuszczałam, że pianka aż tak "pije" akrylową farbę ;)). Potem przykleiłam kawałek takiej zdobycznej płóciennej wstążki, kawałki gazy opatrunkowej i zaciapałam wszystko, oczywiście pomarańczem ;) Kilka kwiatków dla kontrastu i stwierdziłam, że gotowe. Trochę w sumie mi mało tej brzoskwinki, ale cichą nadzieję mam, że szefowa przyjmie, a Stefan niestrawności nie dostanie ;)
To zaczynamy od banerka
A teraz to moje dzieło "cudowne" ;) Dobrze, że to z przeznaczeniem na własny użytek ;)
Ok, dobrze siedzicie?
Uwaga...
Oto i on... ;)
A nie, najpierw przełknijcie, jeżeli coś akurat konsumujecie (w trosce o wasze ekrany i klawiatury) ;)
Już...?
Na pewno...?
Dobra, skoro siedzicie i buźki puste:
Ostrzegałam, że ciężkostrawne ;)
Zapomniałam jeszcze. Za brzoskwiniami nie przepadam. Denerwują mnie te "ciciate" skórki. Za to mam ulubioną brzoskwiniową maxi spódnicę i sukienkę :)
Tyle na dzisiaj. Żołądek znów dokucza :/
Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego razu.
Paaa :)
Szczerze, to chyba najgorszy mój debiut, cóż takie też się zdarzają, nie?
Ale od początku. Nazbierało mi się trochę Waszych adresów... noo kilka ich jest. Wszystkie mam albo w telefonie, albo na karteczkach w portfelu, a takie, wiadomo, łatwo zgubić. Stwierdziłam więc, że przyszedł czas na adresownik. Kupiłam zeszyt z grubą okładką i zabrałam się do roboty. Najpierw papier ścierny, bo śliskie to okropnie było. Potem całą okładkę wysmarowałam szarą farbą akrylową. Delikatnie spryskałam mgiełkami. Grzbiet zeszytu pomalowałam pomarańczową (brzoskwiniowym odcieniem - tak mi się przynajmniej zdaje) farbą. Potem przyszedł czas na maskę w gwiazdki i znowu pomarańczową farbę. Z przodu do farby dodałam magiczny proszek dostępny w essach (ten od serduszek z poprzedniego posta), tylko dałam go trochę za mało i gwiazdki się z lekka "rozjechały". Na pomarańczowo pomalowałam też piankowe kolorowe literki (nie przypuszczałam, że pianka aż tak "pije" akrylową farbę ;)). Potem przykleiłam kawałek takiej zdobycznej płóciennej wstążki, kawałki gazy opatrunkowej i zaciapałam wszystko, oczywiście pomarańczem ;) Kilka kwiatków dla kontrastu i stwierdziłam, że gotowe. Trochę w sumie mi mało tej brzoskwinki, ale cichą nadzieję mam, że szefowa przyjmie, a Stefan niestrawności nie dostanie ;)
To zaczynamy od banerka
A teraz to moje dzieło "cudowne" ;) Dobrze, że to z przeznaczeniem na własny użytek ;)
Ok, dobrze siedzicie?
Uwaga...
Oto i on... ;)
A nie, najpierw przełknijcie, jeżeli coś akurat konsumujecie (w trosce o wasze ekrany i klawiatury) ;)
Już...?
Na pewno...?
Dobra, skoro siedzicie i buźki puste:
Ostrzegałam, że ciężkostrawne ;)
Zapomniałam jeszcze. Za brzoskwiniami nie przepadam. Denerwują mnie te "ciciate" skórki. Za to mam ulubioną brzoskwiniową maxi spódnicę i sukienkę :)
Tyle na dzisiaj. Żołądek znów dokucza :/
Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego razu.
Paaa :)
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Miłość...
Witam Was serdecznie :)
tak szczerze miałam zamiar stworzyć coś w tym stylu w okolicach połowy września, ale jakoś tak stwierdziłam, że znowu upiekę dwie pieczenie i zgłoszę moje dzieło na bieżące essowe wyzwanie.
Najpierw trochę skąd tematyka i dlaczego w połowie września. Oprócz tego, że bywam zwariowana, bywam też i sentymentalna, a my z mężulkiem dokładnie 16-go września będziemy obchodzić kolejną rocznicę ślubu. Więc, sentymentalnie, postanowiłam uczcić ten dzień pamiątkowym zdjęciem. Stąd też tytuł dzisiejszego posta.
Mąż patrzy teraz na gotowe i twierdzi, że się przyzwyczaić nie może, bo to zdjęcie takie malutkie... ehhh... cóż wytłumaczyłam, że na scrapowej sztuce się nie zna i tyle ;)
Teraz o technice. Temat najnowszego wyzwania brzmi "skazani na dziurkacze", czyli wykrojniki, tekturki, wszelkiego rodzaju gotowce zakazane. Dobrze, że zapas dziurkaczy sprzed czasu BS posiadam niemały. Choć w sumie użyłam tylko brzegowego, dwóch rozmiarów serduszek i kwiatuszka.
Ale, po kolei. Zaczęłam od arkusza LemonCraft Dom Róż. Poukładałam na nim powycinane serduszka i spryskałam złotą mgiełką. Serduszka w sumie nie bardzo rzucają się w oczy, delikatnie prysnęłam jeszcze czerwoną. Potem ze skrawków powstałych po dziurkaczach zrobiłam sobie mini maski i za pomocą magicznego proszku (dostępnego w essach-floresach o tutaj) i białej akrylowej farby (powstało coś na kształt pasty) porobiłam serduszka. Białe jakoś mi się nie podobały, więc maznęłam je lekko czerwonym cieniem. Efekt nadal nie był zadowalający, w końcu na serduszkach wylądowały mikrokuleczki (tutaj). Ehhh, że też mam tylko jeden kolor, no ale w końcu kupiłam je na próbę ;) Posypałam jeszcze tu i tam kuleczkami, ale już tym razem bez "maski" - powstały "kuleczkowe plamy". Znalazłam kawałek kolejnego arkusza, podobnego do tego bazowego, odpowiednio przycięłam, potem potraktowałam brzegowym dziurkaczem. Pomazałam mazakiem do embossingu i posypałam holograficznym pudrem (o grzaniu chyba nie muszę pisać ;)). I znowu to zrobiłam, potargałam kolejne zdjęcie (Aniu, uspokajam, wywołane specjalnie do tej pracy, z myślą o tym, że prawdopodobnie zostanie potraktowane w ten sposób). "Stempel" z arkusza Magicznej Kartki.
A kwiatki? z resztek mniejszego arkusza. Wycinałam większe i mniejsze serduszka (powstało coś na kształt prymulek Doroty od kota, tylko ja ich nie myłam i nie traktowałam widelcem, po prostu zostawiłam takie sztywne) i sklejałam po cztery, trzy w formę kwiatka. Najmniejsze powstały z dziurkacza w kształcie stokrotki. Wszystkim środki zabarwiłam złotą akrylową farbą dostępną jeszcze niedawno w Lidlu. A to czerwone imitujące liście wycięłam sama z tego, co mi jeszcze zostało i prysnęłam mgiełką.
To się rozpisałam. Naczytałyście się a pracy nie widać ;)
Już pokazuję :)
I jeszcze banerek wyzwania
Kończę już dzisiaj, do następnego razu, pa :)
tak szczerze miałam zamiar stworzyć coś w tym stylu w okolicach połowy września, ale jakoś tak stwierdziłam, że znowu upiekę dwie pieczenie i zgłoszę moje dzieło na bieżące essowe wyzwanie.
Najpierw trochę skąd tematyka i dlaczego w połowie września. Oprócz tego, że bywam zwariowana, bywam też i sentymentalna, a my z mężulkiem dokładnie 16-go września będziemy obchodzić kolejną rocznicę ślubu. Więc, sentymentalnie, postanowiłam uczcić ten dzień pamiątkowym zdjęciem. Stąd też tytuł dzisiejszego posta.
Mąż patrzy teraz na gotowe i twierdzi, że się przyzwyczaić nie może, bo to zdjęcie takie malutkie... ehhh... cóż wytłumaczyłam, że na scrapowej sztuce się nie zna i tyle ;)
Teraz o technice. Temat najnowszego wyzwania brzmi "skazani na dziurkacze", czyli wykrojniki, tekturki, wszelkiego rodzaju gotowce zakazane. Dobrze, że zapas dziurkaczy sprzed czasu BS posiadam niemały. Choć w sumie użyłam tylko brzegowego, dwóch rozmiarów serduszek i kwiatuszka.
Ale, po kolei. Zaczęłam od arkusza LemonCraft Dom Róż. Poukładałam na nim powycinane serduszka i spryskałam złotą mgiełką. Serduszka w sumie nie bardzo rzucają się w oczy, delikatnie prysnęłam jeszcze czerwoną. Potem ze skrawków powstałych po dziurkaczach zrobiłam sobie mini maski i za pomocą magicznego proszku (dostępnego w essach-floresach o tutaj) i białej akrylowej farby (powstało coś na kształt pasty) porobiłam serduszka. Białe jakoś mi się nie podobały, więc maznęłam je lekko czerwonym cieniem. Efekt nadal nie był zadowalający, w końcu na serduszkach wylądowały mikrokuleczki (tutaj). Ehhh, że też mam tylko jeden kolor, no ale w końcu kupiłam je na próbę ;) Posypałam jeszcze tu i tam kuleczkami, ale już tym razem bez "maski" - powstały "kuleczkowe plamy". Znalazłam kawałek kolejnego arkusza, podobnego do tego bazowego, odpowiednio przycięłam, potem potraktowałam brzegowym dziurkaczem. Pomazałam mazakiem do embossingu i posypałam holograficznym pudrem (o grzaniu chyba nie muszę pisać ;)). I znowu to zrobiłam, potargałam kolejne zdjęcie (Aniu, uspokajam, wywołane specjalnie do tej pracy, z myślą o tym, że prawdopodobnie zostanie potraktowane w ten sposób). "Stempel" z arkusza Magicznej Kartki.
A kwiatki? z resztek mniejszego arkusza. Wycinałam większe i mniejsze serduszka (powstało coś na kształt prymulek Doroty od kota, tylko ja ich nie myłam i nie traktowałam widelcem, po prostu zostawiłam takie sztywne) i sklejałam po cztery, trzy w formę kwiatka. Najmniejsze powstały z dziurkacza w kształcie stokrotki. Wszystkim środki zabarwiłam złotą akrylową farbą dostępną jeszcze niedawno w Lidlu. A to czerwone imitujące liście wycięłam sama z tego, co mi jeszcze zostało i prysnęłam mgiełką.
To się rozpisałam. Naczytałyście się a pracy nie widać ;)
Już pokazuję :)
I jeszcze banerek wyzwania
Kończę już dzisiaj, do następnego razu, pa :)
wtorek, 18 sierpnia 2015
Ślubnie...
Witam Was nocną porą...
dzisiaj będzie dużo oglądania, bo ja znowu zdecydować się nie mogłam... ;)
Zostałam poproszona o zrobienie czegoś na ślub. Stanęło na boxie, ale, uwaga, najlepsze, że na wykonanie całe 3 dni (w moim przypadku wieczory). Od razu miałam już zarys w głowie i oczywiście, jakże by inaczej, trochę mnie poniosło... musiałam podganiać pracę w dzień...
Założenie, ma być delikatnie, więc zanurkowałam w te moje papiery (na zakupy czegokolwiek czasu przecież nie było - dobrze mieć zapasy ;)) Znalazłam żółto-kremowe papiery z Galerii Papieru bodajże Świeżo Malowane II, ale głowy se nie dam uciąć, po prostu już nie pamiętam...
Zależało mi, żeby było wyjątkowo, więc jako ozdobę, postawiłam na quilling.
Na niektórych zdjęciach brakuje perełek, a to dlatego, że na pomysł ich przyklejenia wpadłam w trakcie sesji i to była taka "kropka nad i" ;)
A teraz pora na gwóźdź programu, czyli środek. Nie chciałam środka na płasko, bo skoro box, to musi być coś w 3D, przynajmniej ja tak lubię, pozostało tylko pomyśleć, co... No i wymyśliłam... z kawałków papierów posklejałam torcik, taki dwupiętrowy, żeby za bardzo nie szaleć (haha). I tak otrzymałam śnieżnobiałego papierowego torcika. Przewracałam go w łapkach, a pomysły się kłębiły... w końcu dorwałam dwie z moich trzech (ogromne zapasy hehe) mgiełek i wylądowałam z torcikiem na balkonie pięknie się potem błyszczał, balkon oczywiście ;)). Spryskałam najpierw delikatnie perłową czerwoną (prawie różową) mgiełką a potem już trochę bardziej - złotą. I otrzymałam torcik w ciapki... Jako, że zakochałam się w mikrokuleczkach (o czym pisałam już w poprzednim poście), wylądowały też na torciku, potem jeszcze tylko perełki w płynie. Mimo tylu ozdób, nadal wydawał mi się jakiś taki biedny... No i jak myślicie, co ta zwariowana mamuśka postanowiła? Ano, złapała za igłę i paseczki i ukręciła z 0.5 cm złotych pasków dwie obrączki. Wylądowały na czubku, ale dalej mi było mało, więc pojawiła się i wstążeczka, a potem jeszcze kwiatuszki i zawijaski. W końcu, po tylu "zabiegach", stwierdziłam, że efekt jest zadowalający. Pozostało przytwierdzić go do boxa i wydrukować teksty. Ale jak to tak, taki "wypaśny" torcik i zwykły biały papier? No nie może być... Szybko zrobiłam sobie taki idealnie pasujący. A jak? Bardzo prosto... Wzięłam kartkę bloku technicznego i znowu wylazłam na balkon ze złotą mgiełką... kilka psiknięć i gotowe. Jako, że były już godziny nocne - drukarka stwierdziła, że o tej godzinie współpracować z takim papierem nie będzie i zastrajkowała... ale się nie poddałam... zrobiłam sobie kolejny arkusz i za drugim razem poszło gładko :)
Mimo złotych połysków dalej jakoś biednie mi było, więc dorobiłam jeszcze kilka kwiatuszków i zawijasków. Z pozostałości mgiełkowego papieru skleiłam kopertkę na prezent... Ufff gotowe... i szczerze na ostatnią chwilę ;)
Gratuluję tym, co przebrnęli przez ten mój długi wywód, teraz już chwalę się moim środeczkiem :)
Znajomy zadowolony, ja z siebie dumna (choć tak nie do końca, ale dlaczego niech to pozostanie już moją słodką tajemnicą ;)), a co Wy na to?
Wszyscy domownicy już śpią, pora i na mnie, dobranoc, do następnego razu...
paaa
dzisiaj będzie dużo oglądania, bo ja znowu zdecydować się nie mogłam... ;)
Zostałam poproszona o zrobienie czegoś na ślub. Stanęło na boxie, ale, uwaga, najlepsze, że na wykonanie całe 3 dni (w moim przypadku wieczory). Od razu miałam już zarys w głowie i oczywiście, jakże by inaczej, trochę mnie poniosło... musiałam podganiać pracę w dzień...
Założenie, ma być delikatnie, więc zanurkowałam w te moje papiery (na zakupy czegokolwiek czasu przecież nie było - dobrze mieć zapasy ;)) Znalazłam żółto-kremowe papiery z Galerii Papieru bodajże Świeżo Malowane II, ale głowy se nie dam uciąć, po prostu już nie pamiętam...
Zależało mi, żeby było wyjątkowo, więc jako ozdobę, postawiłam na quilling.
Na niektórych zdjęciach brakuje perełek, a to dlatego, że na pomysł ich przyklejenia wpadłam w trakcie sesji i to była taka "kropka nad i" ;)
A teraz pora na gwóźdź programu, czyli środek. Nie chciałam środka na płasko, bo skoro box, to musi być coś w 3D, przynajmniej ja tak lubię, pozostało tylko pomyśleć, co... No i wymyśliłam... z kawałków papierów posklejałam torcik, taki dwupiętrowy, żeby za bardzo nie szaleć (haha). I tak otrzymałam śnieżnobiałego papierowego torcika. Przewracałam go w łapkach, a pomysły się kłębiły... w końcu dorwałam dwie z moich trzech (ogromne zapasy hehe) mgiełek i wylądowałam z torcikiem na balkonie pięknie się potem błyszczał, balkon oczywiście ;)). Spryskałam najpierw delikatnie perłową czerwoną (prawie różową) mgiełką a potem już trochę bardziej - złotą. I otrzymałam torcik w ciapki... Jako, że zakochałam się w mikrokuleczkach (o czym pisałam już w poprzednim poście), wylądowały też na torciku, potem jeszcze tylko perełki w płynie. Mimo tylu ozdób, nadal wydawał mi się jakiś taki biedny... No i jak myślicie, co ta zwariowana mamuśka postanowiła? Ano, złapała za igłę i paseczki i ukręciła z 0.5 cm złotych pasków dwie obrączki. Wylądowały na czubku, ale dalej mi było mało, więc pojawiła się i wstążeczka, a potem jeszcze kwiatuszki i zawijaski. W końcu, po tylu "zabiegach", stwierdziłam, że efekt jest zadowalający. Pozostało przytwierdzić go do boxa i wydrukować teksty. Ale jak to tak, taki "wypaśny" torcik i zwykły biały papier? No nie może być... Szybko zrobiłam sobie taki idealnie pasujący. A jak? Bardzo prosto... Wzięłam kartkę bloku technicznego i znowu wylazłam na balkon ze złotą mgiełką... kilka psiknięć i gotowe. Jako, że były już godziny nocne - drukarka stwierdziła, że o tej godzinie współpracować z takim papierem nie będzie i zastrajkowała... ale się nie poddałam... zrobiłam sobie kolejny arkusz i za drugim razem poszło gładko :)
Mimo złotych połysków dalej jakoś biednie mi było, więc dorobiłam jeszcze kilka kwiatuszków i zawijasków. Z pozostałości mgiełkowego papieru skleiłam kopertkę na prezent... Ufff gotowe... i szczerze na ostatnią chwilę ;)
Gratuluję tym, co przebrnęli przez ten mój długi wywód, teraz już chwalę się moim środeczkiem :)
Znajomy zadowolony, ja z siebie dumna (choć tak nie do końca, ale dlaczego niech to pozostanie już moją słodką tajemnicą ;)), a co Wy na to?
Wszyscy domownicy już śpią, pora i na mnie, dobranoc, do następnego razu...
paaa
Subskrybuj:
Posty (Atom)












