Witajcie,
tak z potrzeby chwili powstała sobie całkiem prosta ślubna kartka ;)
Teraz sobie leży i czeka, może się okazja nadarzy :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 września 2018
niedziela, 13 sierpnia 2017
Ślub w różu ;)
Witajcie po długiej przerwie. Zamarły coś te moje mamuśkowe, tak się zastanawiam, czy ktokolwiek jeszcze tutaj zajrzy...
to, że cisza na blogu, nie znaczy, że nic nie powstaje w międzyczasie. Trochę popracowałam i chyba powstanie jakiś zbiorczy post, bo raczej nie nadgonię. Dzisiaj przychodzę do Was ze ślubnym exboxem. Baza to oczywiście GoatBox, cudny perłowy róż, papiery UHK (najnowsze ślubna kolekcja) a tekturki ze scrapka.
na każdym boku zrobiłam kieszonkę, w której umieściłam tag z tekstem lub miejscem na "prezent" ;)
Trochę zdjęć się nazbierało ;)
Kończe już dzisiaj i mam nadzieję, do zobaczenia wkrótce ;)
to, że cisza na blogu, nie znaczy, że nic nie powstaje w międzyczasie. Trochę popracowałam i chyba powstanie jakiś zbiorczy post, bo raczej nie nadgonię. Dzisiaj przychodzę do Was ze ślubnym exboxem. Baza to oczywiście GoatBox, cudny perłowy róż, papiery UHK (najnowsze ślubna kolekcja) a tekturki ze scrapka.
na każdym boku zrobiłam kieszonkę, w której umieściłam tag z tekstem lub miejscem na "prezent" ;)
Trochę zdjęć się nazbierało ;)
Kończe już dzisiaj i mam nadzieję, do zobaczenia wkrótce ;)
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Miłość...
Witam Was serdecznie :)
tak szczerze miałam zamiar stworzyć coś w tym stylu w okolicach połowy września, ale jakoś tak stwierdziłam, że znowu upiekę dwie pieczenie i zgłoszę moje dzieło na bieżące essowe wyzwanie.
Najpierw trochę skąd tematyka i dlaczego w połowie września. Oprócz tego, że bywam zwariowana, bywam też i sentymentalna, a my z mężulkiem dokładnie 16-go września będziemy obchodzić kolejną rocznicę ślubu. Więc, sentymentalnie, postanowiłam uczcić ten dzień pamiątkowym zdjęciem. Stąd też tytuł dzisiejszego posta.
Mąż patrzy teraz na gotowe i twierdzi, że się przyzwyczaić nie może, bo to zdjęcie takie malutkie... ehhh... cóż wytłumaczyłam, że na scrapowej sztuce się nie zna i tyle ;)
Teraz o technice. Temat najnowszego wyzwania brzmi "skazani na dziurkacze", czyli wykrojniki, tekturki, wszelkiego rodzaju gotowce zakazane. Dobrze, że zapas dziurkaczy sprzed czasu BS posiadam niemały. Choć w sumie użyłam tylko brzegowego, dwóch rozmiarów serduszek i kwiatuszka.
Ale, po kolei. Zaczęłam od arkusza LemonCraft Dom Róż. Poukładałam na nim powycinane serduszka i spryskałam złotą mgiełką. Serduszka w sumie nie bardzo rzucają się w oczy, delikatnie prysnęłam jeszcze czerwoną. Potem ze skrawków powstałych po dziurkaczach zrobiłam sobie mini maski i za pomocą magicznego proszku (dostępnego w essach-floresach o tutaj) i białej akrylowej farby (powstało coś na kształt pasty) porobiłam serduszka. Białe jakoś mi się nie podobały, więc maznęłam je lekko czerwonym cieniem. Efekt nadal nie był zadowalający, w końcu na serduszkach wylądowały mikrokuleczki (tutaj). Ehhh, że też mam tylko jeden kolor, no ale w końcu kupiłam je na próbę ;) Posypałam jeszcze tu i tam kuleczkami, ale już tym razem bez "maski" - powstały "kuleczkowe plamy". Znalazłam kawałek kolejnego arkusza, podobnego do tego bazowego, odpowiednio przycięłam, potem potraktowałam brzegowym dziurkaczem. Pomazałam mazakiem do embossingu i posypałam holograficznym pudrem (o grzaniu chyba nie muszę pisać ;)). I znowu to zrobiłam, potargałam kolejne zdjęcie (Aniu, uspokajam, wywołane specjalnie do tej pracy, z myślą o tym, że prawdopodobnie zostanie potraktowane w ten sposób). "Stempel" z arkusza Magicznej Kartki.
A kwiatki? z resztek mniejszego arkusza. Wycinałam większe i mniejsze serduszka (powstało coś na kształt prymulek Doroty od kota, tylko ja ich nie myłam i nie traktowałam widelcem, po prostu zostawiłam takie sztywne) i sklejałam po cztery, trzy w formę kwiatka. Najmniejsze powstały z dziurkacza w kształcie stokrotki. Wszystkim środki zabarwiłam złotą akrylową farbą dostępną jeszcze niedawno w Lidlu. A to czerwone imitujące liście wycięłam sama z tego, co mi jeszcze zostało i prysnęłam mgiełką.
To się rozpisałam. Naczytałyście się a pracy nie widać ;)
Już pokazuję :)
I jeszcze banerek wyzwania
Kończę już dzisiaj, do następnego razu, pa :)
tak szczerze miałam zamiar stworzyć coś w tym stylu w okolicach połowy września, ale jakoś tak stwierdziłam, że znowu upiekę dwie pieczenie i zgłoszę moje dzieło na bieżące essowe wyzwanie.
Najpierw trochę skąd tematyka i dlaczego w połowie września. Oprócz tego, że bywam zwariowana, bywam też i sentymentalna, a my z mężulkiem dokładnie 16-go września będziemy obchodzić kolejną rocznicę ślubu. Więc, sentymentalnie, postanowiłam uczcić ten dzień pamiątkowym zdjęciem. Stąd też tytuł dzisiejszego posta.
Mąż patrzy teraz na gotowe i twierdzi, że się przyzwyczaić nie może, bo to zdjęcie takie malutkie... ehhh... cóż wytłumaczyłam, że na scrapowej sztuce się nie zna i tyle ;)
Teraz o technice. Temat najnowszego wyzwania brzmi "skazani na dziurkacze", czyli wykrojniki, tekturki, wszelkiego rodzaju gotowce zakazane. Dobrze, że zapas dziurkaczy sprzed czasu BS posiadam niemały. Choć w sumie użyłam tylko brzegowego, dwóch rozmiarów serduszek i kwiatuszka.
Ale, po kolei. Zaczęłam od arkusza LemonCraft Dom Róż. Poukładałam na nim powycinane serduszka i spryskałam złotą mgiełką. Serduszka w sumie nie bardzo rzucają się w oczy, delikatnie prysnęłam jeszcze czerwoną. Potem ze skrawków powstałych po dziurkaczach zrobiłam sobie mini maski i za pomocą magicznego proszku (dostępnego w essach-floresach o tutaj) i białej akrylowej farby (powstało coś na kształt pasty) porobiłam serduszka. Białe jakoś mi się nie podobały, więc maznęłam je lekko czerwonym cieniem. Efekt nadal nie był zadowalający, w końcu na serduszkach wylądowały mikrokuleczki (tutaj). Ehhh, że też mam tylko jeden kolor, no ale w końcu kupiłam je na próbę ;) Posypałam jeszcze tu i tam kuleczkami, ale już tym razem bez "maski" - powstały "kuleczkowe plamy". Znalazłam kawałek kolejnego arkusza, podobnego do tego bazowego, odpowiednio przycięłam, potem potraktowałam brzegowym dziurkaczem. Pomazałam mazakiem do embossingu i posypałam holograficznym pudrem (o grzaniu chyba nie muszę pisać ;)). I znowu to zrobiłam, potargałam kolejne zdjęcie (Aniu, uspokajam, wywołane specjalnie do tej pracy, z myślą o tym, że prawdopodobnie zostanie potraktowane w ten sposób). "Stempel" z arkusza Magicznej Kartki.
A kwiatki? z resztek mniejszego arkusza. Wycinałam większe i mniejsze serduszka (powstało coś na kształt prymulek Doroty od kota, tylko ja ich nie myłam i nie traktowałam widelcem, po prostu zostawiłam takie sztywne) i sklejałam po cztery, trzy w formę kwiatka. Najmniejsze powstały z dziurkacza w kształcie stokrotki. Wszystkim środki zabarwiłam złotą akrylową farbą dostępną jeszcze niedawno w Lidlu. A to czerwone imitujące liście wycięłam sama z tego, co mi jeszcze zostało i prysnęłam mgiełką.
To się rozpisałam. Naczytałyście się a pracy nie widać ;)
Już pokazuję :)
I jeszcze banerek wyzwania
Kończę już dzisiaj, do następnego razu, pa :)
wtorek, 18 sierpnia 2015
Ślubnie...
Witam Was nocną porą...
dzisiaj będzie dużo oglądania, bo ja znowu zdecydować się nie mogłam... ;)
Zostałam poproszona o zrobienie czegoś na ślub. Stanęło na boxie, ale, uwaga, najlepsze, że na wykonanie całe 3 dni (w moim przypadku wieczory). Od razu miałam już zarys w głowie i oczywiście, jakże by inaczej, trochę mnie poniosło... musiałam podganiać pracę w dzień...
Założenie, ma być delikatnie, więc zanurkowałam w te moje papiery (na zakupy czegokolwiek czasu przecież nie było - dobrze mieć zapasy ;)) Znalazłam żółto-kremowe papiery z Galerii Papieru bodajże Świeżo Malowane II, ale głowy se nie dam uciąć, po prostu już nie pamiętam...
Zależało mi, żeby było wyjątkowo, więc jako ozdobę, postawiłam na quilling.
Na niektórych zdjęciach brakuje perełek, a to dlatego, że na pomysł ich przyklejenia wpadłam w trakcie sesji i to była taka "kropka nad i" ;)
A teraz pora na gwóźdź programu, czyli środek. Nie chciałam środka na płasko, bo skoro box, to musi być coś w 3D, przynajmniej ja tak lubię, pozostało tylko pomyśleć, co... No i wymyśliłam... z kawałków papierów posklejałam torcik, taki dwupiętrowy, żeby za bardzo nie szaleć (haha). I tak otrzymałam śnieżnobiałego papierowego torcika. Przewracałam go w łapkach, a pomysły się kłębiły... w końcu dorwałam dwie z moich trzech (ogromne zapasy hehe) mgiełek i wylądowałam z torcikiem na balkonie pięknie się potem błyszczał, balkon oczywiście ;)). Spryskałam najpierw delikatnie perłową czerwoną (prawie różową) mgiełką a potem już trochę bardziej - złotą. I otrzymałam torcik w ciapki... Jako, że zakochałam się w mikrokuleczkach (o czym pisałam już w poprzednim poście), wylądowały też na torciku, potem jeszcze tylko perełki w płynie. Mimo tylu ozdób, nadal wydawał mi się jakiś taki biedny... No i jak myślicie, co ta zwariowana mamuśka postanowiła? Ano, złapała za igłę i paseczki i ukręciła z 0.5 cm złotych pasków dwie obrączki. Wylądowały na czubku, ale dalej mi było mało, więc pojawiła się i wstążeczka, a potem jeszcze kwiatuszki i zawijaski. W końcu, po tylu "zabiegach", stwierdziłam, że efekt jest zadowalający. Pozostało przytwierdzić go do boxa i wydrukować teksty. Ale jak to tak, taki "wypaśny" torcik i zwykły biały papier? No nie może być... Szybko zrobiłam sobie taki idealnie pasujący. A jak? Bardzo prosto... Wzięłam kartkę bloku technicznego i znowu wylazłam na balkon ze złotą mgiełką... kilka psiknięć i gotowe. Jako, że były już godziny nocne - drukarka stwierdziła, że o tej godzinie współpracować z takim papierem nie będzie i zastrajkowała... ale się nie poddałam... zrobiłam sobie kolejny arkusz i za drugim razem poszło gładko :)
Mimo złotych połysków dalej jakoś biednie mi było, więc dorobiłam jeszcze kilka kwiatuszków i zawijasków. Z pozostałości mgiełkowego papieru skleiłam kopertkę na prezent... Ufff gotowe... i szczerze na ostatnią chwilę ;)
Gratuluję tym, co przebrnęli przez ten mój długi wywód, teraz już chwalę się moim środeczkiem :)
Znajomy zadowolony, ja z siebie dumna (choć tak nie do końca, ale dlaczego niech to pozostanie już moją słodką tajemnicą ;)), a co Wy na to?
Wszyscy domownicy już śpią, pora i na mnie, dobranoc, do następnego razu...
paaa
dzisiaj będzie dużo oglądania, bo ja znowu zdecydować się nie mogłam... ;)
Zostałam poproszona o zrobienie czegoś na ślub. Stanęło na boxie, ale, uwaga, najlepsze, że na wykonanie całe 3 dni (w moim przypadku wieczory). Od razu miałam już zarys w głowie i oczywiście, jakże by inaczej, trochę mnie poniosło... musiałam podganiać pracę w dzień...
Założenie, ma być delikatnie, więc zanurkowałam w te moje papiery (na zakupy czegokolwiek czasu przecież nie było - dobrze mieć zapasy ;)) Znalazłam żółto-kremowe papiery z Galerii Papieru bodajże Świeżo Malowane II, ale głowy se nie dam uciąć, po prostu już nie pamiętam...
Zależało mi, żeby było wyjątkowo, więc jako ozdobę, postawiłam na quilling.
Na niektórych zdjęciach brakuje perełek, a to dlatego, że na pomysł ich przyklejenia wpadłam w trakcie sesji i to była taka "kropka nad i" ;)
A teraz pora na gwóźdź programu, czyli środek. Nie chciałam środka na płasko, bo skoro box, to musi być coś w 3D, przynajmniej ja tak lubię, pozostało tylko pomyśleć, co... No i wymyśliłam... z kawałków papierów posklejałam torcik, taki dwupiętrowy, żeby za bardzo nie szaleć (haha). I tak otrzymałam śnieżnobiałego papierowego torcika. Przewracałam go w łapkach, a pomysły się kłębiły... w końcu dorwałam dwie z moich trzech (ogromne zapasy hehe) mgiełek i wylądowałam z torcikiem na balkonie pięknie się potem błyszczał, balkon oczywiście ;)). Spryskałam najpierw delikatnie perłową czerwoną (prawie różową) mgiełką a potem już trochę bardziej - złotą. I otrzymałam torcik w ciapki... Jako, że zakochałam się w mikrokuleczkach (o czym pisałam już w poprzednim poście), wylądowały też na torciku, potem jeszcze tylko perełki w płynie. Mimo tylu ozdób, nadal wydawał mi się jakiś taki biedny... No i jak myślicie, co ta zwariowana mamuśka postanowiła? Ano, złapała za igłę i paseczki i ukręciła z 0.5 cm złotych pasków dwie obrączki. Wylądowały na czubku, ale dalej mi było mało, więc pojawiła się i wstążeczka, a potem jeszcze kwiatuszki i zawijaski. W końcu, po tylu "zabiegach", stwierdziłam, że efekt jest zadowalający. Pozostało przytwierdzić go do boxa i wydrukować teksty. Ale jak to tak, taki "wypaśny" torcik i zwykły biały papier? No nie może być... Szybko zrobiłam sobie taki idealnie pasujący. A jak? Bardzo prosto... Wzięłam kartkę bloku technicznego i znowu wylazłam na balkon ze złotą mgiełką... kilka psiknięć i gotowe. Jako, że były już godziny nocne - drukarka stwierdziła, że o tej godzinie współpracować z takim papierem nie będzie i zastrajkowała... ale się nie poddałam... zrobiłam sobie kolejny arkusz i za drugim razem poszło gładko :)
Mimo złotych połysków dalej jakoś biednie mi było, więc dorobiłam jeszcze kilka kwiatuszków i zawijasków. Z pozostałości mgiełkowego papieru skleiłam kopertkę na prezent... Ufff gotowe... i szczerze na ostatnią chwilę ;)
Gratuluję tym, co przebrnęli przez ten mój długi wywód, teraz już chwalę się moim środeczkiem :)
Znajomy zadowolony, ja z siebie dumna (choć tak nie do końca, ale dlaczego niech to pozostanie już moją słodką tajemnicą ;)), a co Wy na to?
Wszyscy domownicy już śpią, pora i na mnie, dobranoc, do następnego razu...
paaa
Subskrybuj:
Posty (Atom)

